Liczba na dziś / A number for today
103. O ile mnie moje obliczenia nie mylą, tyle dni minęło, od kiedy umieściłem tutaj poprzednią notkę. Miała być pierwszą, ale nie miała być ostatnią. Przez długi czas jednak się na to zanosiło… Do czasu. Do dziś. Do teraz. Jest chwila po północy i w końcu produkuję coś więcej. Działo się dużo, pojawiało się wiele kwestii, które chciałem poruszyć. Często się zabierałem do pisania, ale kończyło się na zabieraniu. Jedną z tych kwestii, którą zdecydowałem się poruszyć tym razem, jest…
Dziwny człowiek. Tak możnaby mnie określić. Jestem człowiekiem pełnym sprzeczności, wewnętrznych dylematów, moje życie opiera się na paradoksach. Ułożony Maciej – oksymoron. Popierdzielony Maciej – pleonazm, jakem żyw. Jednym z objawów mojego niekoniecznie pozytywnego, umysłowego zakręcenia jest kwestia podejścia do spraw, popularnie nazywanych damsko-męskimi. To właśnie stwierdzenie, zapisane z łącznikiem (myślnik wykorzystany został wcześniej i to dwukrotnie), stanie się myślą przewodnią tego posta. Dziwi mnie, że w gruncie rzeczy postanowiłem zająć się tym tak wcześnie (pod względem wpisów, nie czasowo x]), ale przeżycia ostatnich dni wprawiły mnie w taki, a nie inny stan. Nie będę się wdawał w szczegóły, dla historii ważnym jest fakt, iż w związku nie byłem od lat… wielu. Dajmy na to, od podstawówki xD Sprawiedliwości trzeba oddać fakt, że przez tydzień “miałem dziewczynę”, której więcej właściwie nie było, niż była. A że tego samego dnia zeszła się ze swoim byłym, to już zupełnie wystarczy do wykreślenia tych 144 godzin z życiorysu. Od tego czasu pojawiały się dziewczyny i kobiety takie, do których z czasem zaczynałem czuć coś więcej, niż koleżeńska nić sympatii. Nic jednak z tego nie wychodziło. “Lubię Cię, ale jedynie jako kolegę.” – słowa te stały się dla mnie znienawidzoną treścią. Nie potrafię uwierzyć, że tak było za każdym razem i to był jedyny powód, dla którego dana znajomość nie posuwała się dalej. Zresztą proste jest, kiedy widać, że jedna strona zaczyna traktować przyjaźń troszkę “dosadniej”, wystarczy zawczasu troszkę to wszystko przemyśleć, a jeśli wie się, że nic z tego nie będzie, to można powiedzieć to szybciej. Prawda, że można, jak się wie? Widać, nie dla każdego. A w takim przypadku człowiek dalej żyje nadzieją, że może trafił na osobę, z którą stanowić będzie parę, stopniowo traci dystans do tego wszystkiego, pomimo wyciągniętych wniosków z poprzednich przeżyć i nie potrafi tego za nic zmienić. Cóż, to właśnie jest krótki opis mnie, mojej postawy (znam życie trochę i wiem, że nie tylko mojej – głos ludu?). Tym razem także miało być inaczej. Miało być luźne podejście, dystans, zdrowe spojrzenie, branie pod uwagę wielu perspektyw. Okazało się, że nie do końca wyszło. Tutaj na powierzchnię wydostaje się paradoks. Z jednej strony miałem tą znajomość traktować inaczej, bez pośpiechu, dać jej biec własnym torem i ewentualne owoce zbierać z radością. Miałem zamiar wycofać się, jeśli zacznie to wracać “do normy”. Zdałem sobie sprawę już jakiś czas temu, że faktycznie sprawy przybrały taki obrót, a mimo tego nadal w tym trwam.
Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że szanse nie są wielkie, jest wiele innych czynników, w dużej mierze ode mnie niezależnych, które w bezpośredni sposób oddziaływują na całość tej znajomości… z drugiej za to pragnę wierzyć, że tym razem zła moneta odwróci się, że w tym przypadku coś się zmieni.
Z jednej strony chcę dla dobra nie tylko własnego, ale i dla dobra tej dziewczyny rzucić to wszystko w cholerę, niech spierdala. Boję się odrzucenia, każdy by się bał. Z drugiej strony nadal chcę w tym trwać, bo rozmowy, jakie codziennie toczymy dają mi siłę, wiarę w samego siebie, w swoje możliwości.
Z jednej strony wiem, że jeśli coś z tego wyniknie, to związek na odległość. Nie jestem człowiekiem o zasobnym portfelu, więc częste spotkania mimo wszystko raczej byłyby planem, niż rzeczywistością. Z drugiej strony chcę pakować się w coś takiego, bo ta dziewczyna jest tego warta. W stu procentach, pomimo iż czasem wydaje mi się, że jest inaczej, a wręcz mnie Ona denerwuje.
Z jednej strony zdaję sobie sprawę z tego, że tak, jak Ona nie jest obojętna mnie, tak Jej nie jest obojętny pewien inny facet. Nie chcę i nie wchodzę w relację między nimi z butami. Z drugiej strony jednak bardzo mnie ten fakt drażni, mieszkają znacznie bliżej siebie, znają się dłużej, częściej się widują, mają więcej okazji do nawiązania między sobą bliskiej nici porozumienia, czego świadomość przyprawia mnie o smutek i ból. Tylko, że na podstawie obserwacji faktów, jakimi Ona się ze mną dzieli wnioskuję, że jemu raczej ta znajomość nie wydaje się być podstawą do związku.
Odwiedziłem ją w sobotę. Spędziliśmy ze sobą 4,5h. Cholernie mało, cholernie. Kiedy wiedziałem, że spotkanie dobiega końca czułem taki ogromny niedosyt, jeszcze tyle czasu chciałem z nią spędzić, tyle rzeczy jej powiedzieć. Działałem na wpół świadomie, na wpół pchany przez jakieś wewnętrzne bodźce. Jeszcze przed wyjazdem ubzdurałem sobie, żeby zrobić “coś”. Nie takie “coś”, o jakim można było właśnie pomyśleć, ale inne coś. Kiedy już się z Nią pożegnałem zdałem sobie sprawę, że to koniec naszego pierwszego spotkania, a mimo tego nie zrobiłem tego “czegoś”, co było głupim “czymś”, ale ciężko było mi wyzbyć się tego pomysłu. Kiedy patrzyłem na jej oddalające się w kierunku tramwaju plecy zauważyłem, że coś jeszcze trzymam w ręku. Jej parasol. Zawołałem Ją, podbiegłem do Niej, oddałem zgubę i wtedy się stało. Dałem jej buziaka. Prosto w usta. Nie pamiętam, jak dokładnie to się działo. Były trzy możliwości – była tak zaskoczona, że nie wiedziała co się dzieje; nie zdążyła się uchylić, odwrócić; czy też może, w co chcę wierzyć – wyszła mi naprzeciw. W każdym bądź razie było to tylko ułamkowe zetknięcie się naszych warg, a ja nie wiedziałem, czemu ostatecznie się na to zdobyłem i co to mogło zmienić. Do teraz nie wiem, a zapewne nie dane mi będzie się tego dowiedzieć. Nie jest łatwo. Teraz mam mieszane uczucia co do tego wszystkiego. Dużo pozytywów, dużo negatywów; dużo odważnych pomysłów, dużo idei głupich i bezsensownych.
Nie wiem, czy ta notka jest składna. Miałem na nią tak wiele pomysłów, tak często coś zmieniałem, poprawiałem, dodawałem, kasowałem. Nie wiem, czy zawarłem wszystko co chciałem, czy chociaż część, a może tylko drobny ułamek. Kończę, bo znowu wpadam w taki trans myślenia, który doprowadza mnie do szału, łamie mi umysł, burzy światopogląd, zabija dobre samopoczucie, o i jeszcze piękna rozmowa z Nią na gg właśnie się odbywa. Nienawidzę siebie.
~~~
No translation into English today.
~~~
Dawno, dawno temu… / Long, long time ago…
…czyli “od czegoś trzeba zacząć”. 1, 2, 3 – start.
Witam. Z prawej można poczytać o mnie. Zrobione? To jedziemy z tym koksem.
Blog powstał kilka dni temu. Tak ze trzy czy cztery doby wstecz uzurpowałem sobie ten fragmencik Internetu – głównie ze względu na pewnego znajomego. Bo “gdyby był miliarderem, płaciłby mi za pisanie bloga”. Kto wie, może, drogi Jakubie Patryku Michale (znając jego to przedstawiłem zły wariant kolejnościowy), zarobisz kiedyś swój tysiąc milionów w dowolnej walucie (proponuję dolary Zimbabwe) – a wtedy pociągnę Cię do odpowiedzialności finansowej. Sam się o to prosiłeś.
A teraz do rzeczy. Z czym tego bloga się je? To NIE BĘDZIE dziennik mojego życia. Chcesz wiedzieć co jadłem na śniadanie? Czemu założyłem koszulkę z Che Guevarą? Dlaczego nie chodzę spać przed północą? Spytaj mnie, Czytelniku, przez GG czy w jakikolwiek inny sposób, ale nie licz, że tego typu informacje dominować będą w umieszczanych tu postach. Tak, czasem może i napiszę, ile dziś zjadłem spaghetti albo jak dużo razy dziś byłem w toalecie – cóż, taki jestem i zdarza się, że i takimi rzeczami mam ochotę się podzielić. Starać się będę przedstawiać swój punkt widzenia na niektóre sprawy, które w danej chwili mogą być w moim życiu aktualne, albo będę się chwalił inną formą mojej “twórczości”. Kolejną sprawą, jaka wydaje mi się warta nakreślenia w tym miejscu, jest treść moich notek. Jeśli zobaczysz tutaj jakieś przekleństwo, albo coś, co obraża w jakiś sposób Twoje przekonania – trudno, zdarza się. Nie każdy ma takie samo zdanie, jak ja, a także nie ma sensu udawać, że wulgaryzmy na naszym świecie nie istnieją. Sam używam ich często, może i zbytnio, ale zmieniać się na siłę nie będę.
Jakby pojawiły się kolejne sprawy organizacyjne, to przedstawię je w następnych postach. Jeszcze jedno. Haiku. Jak podaje poezja-haiku, jest to “wiersz opisujący istotę żywo odczutej chwili, w której natura łączy się z naturą ludzką. Zwykle haiku po angielsku napisane jest w trzech nierymowanych wersach, w siedemnastu lub mniej sylabach”. Ja też napisałem jedno.
za oknem mróz
od śpiącego brata
znowu śmierdzi
Mało pozytywny akcent, ale na zakończenie notki pasuje.
BONUS: I do realise that not all of the visitors can speak or at least understand Polish. That’s why I’ll do my best to present a brief summary of my posts in English. So, without any further explanations, let’s go!
…in a galaxy far away… Wait! Crap, it’s not THAT story… This blog is mainly inspired by a friend. I am a good guy after all, so I had decided to do as he pleased and established a bit of personal space over the Internet. This will not be a diary of my life, though. I’ll try and present my point of view on matters I find worth mentioning. If you find a vulgar word in any of my notes – you are not mistaken. It IS a vulgar word. I tend to use them quite a lot, actually. If you, by any means, feel offended because my POV is different from yours – get over it. It happens. Not everyone thinks the same and that’s what makes this world as funny as it is.
Well, I wrote a haiku as well. I’ll try and translate it now:
cold outside
and the sleeping brother
stinks badly again
PS. I also realise that my English is not perfect, even far from it, maybe. I do not really give a damn, though. As long as you can understand it, I’m fine. If you can’t – what the heck are you still doing here?
Feel free to comment if you feel like it.
Cheers